Pakuj się i wypier…!

27 maja 2013

Olga marzyła o doktoracie na Politechnice Wrocławskiej. Marzenia te jednak musiała szybko zniwelować do marzeń o studiach magisterskich.

- Nie stać nas – matka oderwała wzrok od katalogu turystycznego – Nie stać nas, żebyś robiła magistra. Musisz zrobić inżyniera i szukać pracy, bo jest nam ciężko… – powróciła wzrokiem do kolorowej broszury, której stronice błyszczały błękitem nieba i złotem plaż, a nad nimi ceny wydrukowane czerwoną czcionką. Tak, all inclusive na Kubie i w Tajlandii kosztuje swoje, pomyślała. Nie możemy pozwolić sobie, żeby nasza córka zrobiła pełne studia, nie stać nas na to.

Postawić się matce za bardzo Olga nie mogła, bo ile razy to robiła, wszystko kończyło się wielką kłótnią. Sylwia (matka) była typem osobowości neurotycznej, więc na wszystko, co nie szło po jej myśli reagowała eksplozją złości. Jarek (ojciec) nigdy nie słuchał argumentów, ani relacji obu stron, liczyły się dla niego tylko i wyłącznie święte słowa żony.

Kiedy pewnego dnia Olga i Sylwia pokłóciły się, jak to zwykle poszło – o zupełną pierdołę – ojciec znów nie słuchał żadnych argumentów. Nie chciał odsłuchać nawet nagrania audio z kłótni, które zdobyła Olga odpowiednio wcześniej włączając nagrywanie w komórce czując co się święci… Słowa Sylwii nie mogły być w żaden sposób podważone. No bo jak to tak – żona miałaby go okłamywać? Nie do pomyślenia!

Olga po raz kolejny musiała wysłuchać jak straszną jest córką i że o studiach magisterskich może pomarzyć. Bo ich nie stać. Ludzi dwa razy do roku jeżdżących na ekskluzywne wakacje na drugi kraniec świata naprawdę nie stać na takie ekstrawagancje, jak studiująca córka.

Mimo kłótni ojciec postanowił unieść się jednak w swej dobroci i z racji, że było lato powiedział Oldze, aby jechała na wakacje, które planowała z chłopakiem – on pieniądze jej na ten cel da.

Minął miesiąc. Miesiąc usiany głodzeniem Olgi, bo Sylwia kazała nie wołać córki na obiady, a i specjalnie gotowała mniej, żeby jej nie starczało. Tak, żeby pokazać „małej gówniarze”, gdzie jest jej miejsce. Albo żeby samej sobie udowodnić „kto tutaj rządzi”. Tak czy inaczej po miesiącu Olga z chłopakiem złożyła i opłaciła rezerwacje biletów, zaplanowali dokładnie wakacje, żeby jak najtaniej zobaczyć jak najwięcej. Ambitnie, choć chyba niełatwo o takie coś w dzisiejszych, jakże drogich czasach.

Dzień przed wyjazdem… właściwie na kilka godzin przed wyjazdem, w połowie nocy, Jarek i Sylwia przywołali Olgę do siebie.

- Wakacje? Jakie wakacje, pierwsze słyszymy! – Jarek bez mrugnięcia okiem zapierał się, że nic na ten temat nie wie. Może rzeczywiście wyrzucił z pamięci fakt, że obiecał córce pieniądze na wakacje, w końcu nie może podpaść żonie, która od miesiąca chodzi niezmiennie obrażona… On nie mógłby działać wbrew swojej żonie, no bo jak to tak!

Pożegnanie było krzykliwe. I w sumie znając Jarka i Sylwię, można się było tego po nich spodziewać. Że niby co, że mają córce dać pieniądze? Przecież ich nie stać na takie ekstrawagancje!

- Pakuj się i wypierd…! – Jarek krzyczał z całych sił, aż jego twarz przybrała barwy krwisto-czerwonego buraka. W rozpędzie wziął jeszcze zamach, chcąc uderzyć córkę nosidełkiem na zwierzę, jednak widok, że obok stoi chłopak Olgi, w ostatniej chwili się powstrzymał. Nie powstrzymał jednak swojej decyzji, kazał jej wypierd… z domu, razem ze swoim klatkowym zwierzątkiem, na kilka godzin przed odlotem samolotu, w środku nocy.

Bez grosza od rodziców, bez dachu nad głową Olga spakowała się i wypierd… tzn. wyjechała. Starała się nie myśleć o tym, że była córką wyklętą, o tym że nie miała gdzie wracać. Nie było jej łatwo, ale wierzyła, że może liczyć na swojego chłopaka, który pomaga jej w każdej sytuacji już od kilku lat…
- Pakuj się i wypierd…! – te słowa pewnie powracają w jej głowie, choć stara się o tym nie myśleć.

I może wraz z upływem czasu coraz łatwiej jest się jej z tym pogodzić. W końcu przecież lada chwila minie rok, od kiedy została wyrzucona z domu, a rodzice nawet nie próbowali w żaden sposób „naprostować” sytuacji. Widocznie nie chcieli. Będzie im lżej, może wreszcie będzie ich stać – już nie na dwa, ale na trzy wyjazdy all inclusive rocznie.

tagi: , , , , , , ,

Dwie strony życia

20 lutego 2013

Bohaterowie tej opowiastki to zupełne przeciwieństwa – dwa różne odbicia w tym samym lustrze dusz.

Po jednej stronie życiowej barykady stoi Józek – emerytowany górnik ze świadczeniami w okolicach 3 – 3,5 tys. złotych, dorabiający kolejne 2 – 2,5 tys. złotych, walczący o każdą złotówkę w portfelu, ciągle zamartwiający się o swą wątpliwą przyszłość, widzący ją w szarych barwach. Bo jak tu żyć przy tak nędznych pieniądzach?

Z drugiej strony rzeczonej barykady stoi Dominik – młody chłopak po technikum, z zarobkami nie osiągającymi poziomu 2 tys. złotych, za to z wiarą i optymizmem w oczach spoglądający ku nieznanej sobie przyszłości.

Pracują razem – w jednej firmie, w jednej brygadzie. Józek na swoją przyszłość, Dominik na swoją teraźniejszość (i na składki ZUS-owskie, z których płacona jest „głodowa” emerytura Józka).

Gdy ich firma ma mniej zamówień i wysyła część pracowników na przymusowe urlopy lub – w drugą stronę – gdy firma ma więcej zamówień i pozostawia część załogi na płatne nadgodziny, zawsze zyskowniejszy wybór pada na Józka. Nie chodzi wcale o to, że Józek ma większe doświadczenie, czy jest lepszym fachowcem…

…chodzi o to, że Józek martwi się o swoje niepewne jutro, musi zapewnić sobie finansowo spokojniejszy byt. Musi wiedzieć, że następnego dnia nie braknie mu nagle na chleb. I masło. I ser, pomidora, ogórka, szynkę, rybę, krewetki, kalmary, kawior…

Dlatego Józek zawsze lamentacyjnym błaganiem wyprosi u kierownika by to on, a nie Dominik, mógł zostać i dorobić te kilka groszy do marnej pensji.

W końcu jakoś trzeba żyć.

tagi: , , , ,

Jedno marne życie

12 lutego 2013

Janek znany jest z oszczędnego życia. Wśród byłych pracowników KGHM krążą o nim wręcz legendy. Jednak patrząc na jego codzienne, dzisiejsze dokonania, trudno nazywać to wszystko legendami – raczej relacjami z pierwszej ręki. Relacjami naocznych świadków.

Już nawet nie chodzi o skromność bytowania, o to że chodzi w obdartych, kilkanaście razy cerowanych ciuchach, ani o to, że wszelkie usterki w samochodzie usuwa metodami chałupniczymi. Chodzi o to, czy przy emeryturze rzędu 3.500 zł i dodatkowej wypłacie na poziomie 2.000 zł (jak na emerytowanego górnika przystało – dorabia do mizernej emeryturzyny)… stać go na papier śniadaniowy? Bo wychodzi na to, że nie.

Moja obserwacja, jakiej dokonałem dość przypadkiem, być może do najsmaczniejszych nie należała, choć z drugiej strony znając legendy o Janku nie powinna mnie zaskoczyć. Jednak przyznam, że czułem się nieco zszokowany.

Mianowicie pewnego poniedziałku rzuciło mi się w oczy, jak Janek wyciągał ze swojej starej obdartej torby, która niczym kot musiała mieć kilka dobrych żyć za sobą, kawałek wymiętego, pełnego tłustych plam papierka. Zaintrygowało mnie – cóż on tam ze sobą nosi? Przywykłem, że z firmy coś wynosi – a nie wnosi. Jakże się zdziwiłem, gdy ten kawałek obdartej makulatury rozwinął i… wyciągnął z niej kanapkę.

Zaintrygowany powtórzyłem obserwację we wtorek. Podchodząc sceptycznie do efektu tych badań – również i w środę. Będąc w niemałym szoku – ponownie w czwartek. Podobnie było w piątek i w kolejne dni robocze następnego tygodnia. Aż od tego wszystkiego skołowaciałem.

Po dwóch tygodniach nauczyłem się na pamięć struktury i „gwiazdozbioru” plam na papierze śniadaniowym Janka. Na papierze, który lepiej niż kot, przeżywał już nie 8-me czy 9-te a wręcz 20-te, a może i jeszcze późniejsze życie. Upór i zaparcie w oszczędności godne podziwu.

Zastanawiam się tylko, kiedy Janek przestanie myszkować pieniądze, kiedy zacznie je wydawać… kiedy zacznie po prostu żyć. Kiedy ocknie się i zrozumie, że nie jest kotem, ani tym bardziej papierem śniadaniowym – i ma tylko jedno życie, które bliższe jest końca niż początku…

tagi: , , , , , ,

Emeryt kontra Egoiści

6 lutego 2013

Tadek, emerytowany górnik KHGM z ponad 3,5-tysięczną emeryturą, narzeka na polskie zdziczałe społeczeństwo.

„Nikt nie czuje odpowiedzialności za współobywateli. Nikt nie przejmuje się losem biednych emerytów”.

Uśmiecham się w głębi ducha i dopowiadam sobie w myślach: „szczególnie tragicznym losem emerytowanych pracowników KGHM-u”.

Nuży mnie już ciągłe słuchanie jego lamentu nad żałosną emeryturą, której zapewne i tak nie rusza z konta, bo na boku dorabia kolejne 2-3 tysiące złotych (na wpół legalnie). Mówię więc o uwolnieniu gospodarki, o uproszczeniu podatków, zmniejszeniu biurokracji… Typowy populizm.

- Wy, młodzi, jesteście egoistami – wtrąca się nagle nieustępliwy Tadek – myślicie tylko o sobie. W ogóle nie czujecie odpowiedzialności wobec emerytów.

Uśmiecham się. Tym razem nie w duszy, a na twarzy.

- Tadziu, masz emeryturę większą niż zarabia każdy z nie-emerytów, którzy stoją tutaj wokół ciebie. I śmiesz jeszcze narzekać?

Oburza się jeszcze bardziej, wręcz się naindyczył – twarz czerwona jak cegła, usta z nerwów oplute.

- Chcecie głosować! – tym razem już krzyczy, nie mówi – Chcecie głosować na jakichś wariatów, którzy wszystko w tym kraju by zniszczyli, zlikwidowali!

- Sprywatyzowali – spokojnie go poprawiam, choć zdaję sobie sprawę, że on w swoim zacietrzewieniu nie potrafi dostrzec różnicy pomiędzy znaczeniami słów: „zlikwidować” i „sprywatyzować”. A po chwili dorzucam pytanie – A ty na kogo byś zagłosował, Tadziu?

- Na pewno nie na Kaczyńskiego! – odpowiedź miał już najwyraźniej gotową, a z całą pewnością zaskoczyła mnie ona. Bo o Kaczyńskim nic wcześniej nie mówiłem, zresztą on i jego partia to nie jest mój polityczny strzał na wyborczej karcie. Jestem libertarianinem.

- A dlaczego nie na niego? - pytam jednak, całkiem ciekaw jego wybitnych argumentów.

- Bo jako jedyny nie zrobił rewaloryzacji emerytur! – ton jego głosu nie zmienił się ani o nutkę, nadal pełen jest nerwowej werwy.

- Ale jako jedyny zmniejszył podatki – postanawiam jednak nieco po-oponować – Nieznacznie, ale jednak… w przeciwieństwie do Tuska i jego świty.

- Po co obniżać podatki? W Polsce są za niskie podatki! Je trzeba jeszcze podnieść!

Zamurowało mnie. Zamurowało mnie i ścięło z nóg – jednocześnie.

- Że co?

- Podniósłbym podatki, żeby dla mnie było więcej na emeryturę!!!

- I ty śmiesz nazywać mnie egoistą? Masz więcej emerytury niż większość Polaków w ogóle zarabia, a ty jeszcze narzekasz i…

- Bo to dla mnie bardzo ważna sprawa. Muszę mieć zapewniony byt.

Dlatego wszyscy, moi drodzy, płaćmy wyższe podatki, by Tadek mógł wreszcie mieć emeryturę rzędu nie 3 a 4 tysięcy złotych. Bo to dla Tadka ważna sprawa.

Dobrze, że reszta społeczeństwa nie ma takich problemów jak Tadek. Nie muszą się martwić o to, czy za 2.000 zł zarobionych na czarno albo na śmieciową umowę wyżywią rodzinę i czy odłożą coś na emeryturę. Bo przecież wyżywić – jakoś się wyżywią (albo ukradną), a na emeryturę i tak odłożą… tzn. na tę emeryturę Tadka, bo swojej pewnie nie dożyją.

Ależ to społeczeństwo nieodpowiedzialne i egoistyczne. Istna dzicz, panie Tadku.

tagi: , , , ,

To się ceni…

31 stycznia 2013

Czy Olga to dobra uczennica?

Do złych nie należała. Co to, to nie. Zresztą, pozytywnie zdana matura i dostanie się na wybrane kierunki studiów, a każdy z nich na wysoko ocenianej Politechnice Wrocławskiej, świadczą same za siebie. Ostatecznie zdecydowała się na jeden – na Energetykę – ucząc się na niej z powodzeniem, bez większych przeszkód i zaległości. W każdym bądź razie nie zaliczyła żadnego „postoju” na studiach (jak wielu z jej kolegów i koleżanek), co bez wątpienia się ceni. Z czego można być dumnym.

Jej rodzice też się cenią. Wysoko. Ojciec – górnik na bardzo dobrze płatnym stanowisku, Matka – (nielegalna) korepetytorka z matematyki, skubiąca pieniędze licealistów od świtu do późnej nocy. Wakacji, rzecz jasna, nie spędzają w pobliskich Rokitkach czy na Jezierzanach, lubią dwukrotnie w roku pojechać na Kubę, do Egiptu, do Uzbekistanu, na Tajlandię, do Turcji, Izraela… Można więc powiedzieć, że pieniędzy mają wystarczająco.

Nie, wcale nie mają. Oldze zapowiedzieli na wstępie, jeszcze przed studencką inauguracją: „studiujesz tylko do inżyniera, bo nie stać nas na więcej”. Czy raczej: „bo nie zamierzamy rezygnować z ekskluzywnych wakacji na rzecz twoich chorych i porąbanych ambicji”. No bo po co dać dziecku dobre wykształcenie, skoro można prażyć się na słońcu w egzotycznym kraju?

Sylwia i Jarek udają ludzi światłych. Udają – to dobrze powiedziane – bo w rzeczy samej przemawia przez nich fałsz i hipokryzja. „Dbamy o potrzeby naszej córki” – brzmi w ustach matki Olgi jak nazbyt mocno podkoloryzowana bajka. Bo kiedy owa inteligentna dziewczyna potrzebowała laptopa na studia, by pisać sprawozdania z przeprowadzonych ćwiczeń, by projektować w AutoCAD`zie czy programie CATIA, usłyszała, że ma korzystać z komputera współlokatora. Bo oni kasy nie mają. Koniec, kropka. Nie stać ich.

Tylko ile można siedzieć „po prośbie” na komputerze współlokatora? Czy człowiekowi nie wstyd własne dziecko wysyłać do kogoś „na żula” a samemu sączyć Mojito na Kubie? Nie lepiej zrezygnować z kilkunastu drinków na tajlandzkich wakacjach i zafundować córce (w końcu to jej potrzeba, o którą tak bardzo dbają) laptopa, by mogła spokojnie wieść studencki życie – wykonywać odpowiednie prace naukowe? Według Sylwii i Jarka lepiej było wypić drinka czy iść na tajski masaż. Bo te rzeczy smakują lepiej niż laptop. Bo to pieniądze wydane na nich samych, a nie na córkę…

Kiedy po pierwszym semestrze Olga postanowiła zmienić lokum studenckie, bo obecne okazało się jednak za drogie, a oszukańczy właściciel nie oddał kaucji, Sylwia zrobiła aferę „jak trzeba”. Nie, nie o kradzież kaucji.

„Gdzie będziesz korzystała z komputera, skoro nie będziesz już mieszkać z Adamem?!?”. O kupnie laptopa nie było mowy. Sylwii i Jarka nie było na to stać. Pieniędzy z górniczej wypłaty ruszać nie zamierzali, a to co mieli odłożone z korepetycji, miało być przeznaczone na ich ekskluzywne wakacje, a nie na wspomaganie ambicji córki.

Po trzech miesiącach Olga się doprosiła. Nie, właściwie się nie doprosiła. Po prostu jej chłopakowi zrobiło się jej żal. Bardzo mocno. Choć sam na kopalni nie pracował, a jego pensja nie miała jak się równać zarobkom Sylwii i Jarka, wysupłał nieco oszczędności i kupił Oldze laptopa. By mogła realizować swoje marzenia i ambicje… A marzyła o doktoracie na Politechnice Wrocławskiej.

Który z rodziców nie wyprułby sobie żył, żeby później z dumą słuchać, jak jego dziecko wykłada na renomowanej uczelni. Że przed jego nazwiskiem znajduje się niewielkie, ale jakże zacne „dr”? Pewnie każdy, oprócz Sylwii i Jarka. Ich stać było maksymalnie do inżyniera. Tak zapowiedzieli.

Zresztą, co to za praca na uczelni? Marna. „Z pensji wykładowcy nie będzie Cię stać, żeby wysłać nas na drogie wakacje” – Sylwia nadrabia przynajmniej szczerością. To się ceni, pani Sylwio. To się na prawdę ceni…

tagi: , , , , , , , ,